Placebo “Battle For The Sun”
3 Czerwiec 2009
red. Piotr Stelmach
Każda recenzja ma to do siebie, że trzeba ją jakoś zacząć. A najlepiej zaczynać z grubej lub w miarę grubej oraz drożnej rury. Ok.

Nowa płyta Placebo. I co? Średnio tudzież raczej średnio. 13 kawałków, w tym co najmniej 3 absolutnie zbędne. Mrówy na krzyżu? Jedna, w porywach dwie. Nowy perkusista? Niezły, chociaż momentami zbyt efekciarski. Rozterki młodego Wertera, artystyczne i wizerunkowe niedopowiedzenia, środkowy palec w górze? Is it still only rock’n'roll? Do you still like it? Na koncerty wciąż tylko od lat 18? Stelmach szczytuje przy każdym nowym kawałku oraz klęczy zamiast pracować? No, jakby niekoniecznie.
Placebo, według samych muzyków, było kiedyś zespołem, uwaga, punkowym. W sensie mentalnym, a nie fryzjerskim czy stricte muzycznym. Już nie jest. No, bo nie jest! Pytanie “jaki ten zespół już nie jest?” wydaje się dziś kwestią o wiele bardziej zasadną niż pytanie “jaki ten zespół jest?”. Zatem, jaki ten zespół już nie jest? Na płycie “Sleeping With Ghosts” jeszcze jakiś był. A na płycie “Meds”?
Na płycie “Meds” już go trochę nie było. Głównie dlatego, że ten dołujący, trochę na siłę zrobiony album przypominał chatotycznie zestawioną bajaderę z raczej gorszych niż lepszych kawałków, profesjonalnie wzmocnioną pijarem z najwyższej półki. Sorry, ale jak inaczej interpretować udział Michaela Stipe’a w utworze “Broken Promise”? Przecież to jest top 10 najnudniejszych piosenek ostatniego 10 lecia! A pierwszy singiel - “Because I Want You”? Słuchanie po nim perełek w rodzaju “Pure Morning”, “Without You I’m Nothing”, “The Bitter End” czy “Special Needs” zwyczajnie bolało. I boli do dziś. I jutro też trochę zaboli. A żeński target w przedziale wiekowym 14-17 płakał, kochał i piszczał. Ze szczęścia. Cóż…
Trasa, sale wypełnione do ostatniego miejsca, ba, znakomite koncerty. Kapela i biznes wokół niej funkcjonowały wzorowo. Powiał wiatr zmian. Wywalili perkusistę, Steve’a Hewitta, nie mówiąc mu o tym osobiście. Bo myślał podobno intensywniej o dupie Maryni, niż o Placebo. Dziwny, zaskakujący szach - mat. Przyjęli nowego - Steve’a Forresta z zespołu Evaline. Na pokładzie zameldował się też uznany głównie w kręgach ciężkiej rozrywki producent, David Bottrill. Podpisali nowy kontrakt dystrybucyjny, zamknęli się w studiu i walnęli nową płytę. Wypas?
Nie, nie wypas. Wbrew temu, co wieszczą w brytyjskiej prasie, “Battle For The Sun” nie jest jednym z najlepszych i, broń Boże, najlepszym albumem w dorobku grupy. Kompozycyjnie, aranżacyjnie i tekstowo zespół zaczyna tym razem już mocno ocierać się o pop-rockowy muł. Warto tu zastosować nieco zgryźliwą teorię znakomitego dziennikarza, Igora Stefanowicza. Mówi ona o tym, że jeśli jakiś kawałek traktuje o siedmiu zbójach, to często w pozostałych utworach liczba zbójów drastycznie wzrasta. “Ashtray Heart”, “The Never - Ending Why” i przede wszystkim ” For What It’s Worth” to trzy kliniczne przykłady piosenki zbójeckiej. Cóż, lep w postaci zaśpiewanego na trzy głosy po hiszpańsku refrenu, hitu do miarowego kręcenia obojczykiem czy gęsto zawieszonych w aranżach dęciaków jest równie skuteczny jak klej poxipol w klejeniu łyżew. Smutne to trochę oraz drastyczne.
Jest też na “Battle For The Sun” kilka mniej drastycznych fragmentów. “Kitty Litter” miał tu chyba pełnić podobną rolę, co “Bulletproof Cupid” na “Sleeping With Ghosts”. I chyba miał być najbardziej rockowym kawałkiem na płycie. “Bright Lights” niemal natychmiast przywodzi na myśl Pavement i ich znakomite “Texas Never Whispers”, a tym samym patent zastosowany z niezłym skutkiem przez Placebo w przeszłości (”Slave To The Wage”). “Devil In The Details” to przede wszystkim emocje przy mikrofonie. Takie, które kilka dobrych lat temu uczyniły ten skład i jego wokalistę ważnymi elementami współczesnej popkultury. Inna sprawa, że dziś zaśpiewane przez Briana Molko nawet z ogromną siła słowo “fuck” waży trochę mniej. Bo ta płyta to, cytując lidera, “w większości radość, życie i światło”. A jeśli na płycie następnej będzie jeszcze więcej światła? “Światło, nosisz je w sobie”, jak to kiedyś zostało ustalone, a poza tym “nie po oczach, nie po oczach!”.
Finał. “Kings Of Medicine”. Bezdyskusyjny lider na “Battle For The Sun”. I co paradoksalne, najbardziej popowy. Mało tego, z dęciakami w ostatnich dwóch minutach! Trąbka na mocnym, pięknym reverbie. Cztery minuty, dziesięć sekund. Miało to hulać w reklamówce typu “piłeś - nie jedź, nie piłeś - nie zmuszaj się albo ewentualnie spróbuj”. Takich niby-balladek ukazały się już i ukazują nadal tysiące. Niespecjalnie oryginalnych, nowatorskich czy w jakiś dziwny sposób zaraźliwie melodyjnych. Ten zespół takie też już popełniał. “Chcieliśmy nagrać hołd dla All You Need Is Love i Sierżanta”. No i nagrali. Dobra, niech będzie - najlepsza piosenka Placebo od czasu “Special Needs”. I najlepsza płyta od czasu “Meds”, he he he.
Czy tę recenzję czyta(ł) wspomniany wyżej target? Targecie, porysuj sobie, po czym zaśpiewaj wesoło: “Światło, nosisz je w sobie, światło, nie zgaśnie choćbyś chciał”. Chwilo, trwaj, jesteś piękna. Stelmach to debil.
Piotr Stelmach











w gruncie rzeczy to mnie ta recenzja rozbawiła, pozdro od targetu.
Bolesny tekst. Mimo to całkowiecie zgadzam się z jego autorem.
Za dużo tego światła!!!!!!!
Za dużo zmian!!!!!!!! Zmiany są dobre, gdy nie są tak drastyczne :/ Sam brak Hewitta boli niemiłosiernie, a nowy perkusista wywija jak potuczony.
Zespół strzeje się szybciej ode mnie.
Placebo to emocje. Ale zdecydowanie nie takich emocji oczekuję. Szczęście, kasa i komercha. Czego chcieć więcej?
Od Meds się zaczeło. Meds mnie dziwnie uwiera. Jest jak spanie na twardej kłodzie. A Battle… sama nie wiem… W każdym razie nie brzmi jak Placebo. Jest garstka utworów, do których coś szczególnego czuję, ale raczej nie do kings. Jedzie popem jak nie wiem. A te trąbki? Nie trawię popowych nalotów.
Placebo rozczarowuje. Molko nie jest już outsiderem. Jest z ludem i tworzy dla ludu.
Tandetne to były te bańki na koncercie, niby taki szał, czy tam show miał być a wyszło co najwyżej bardzo śmiesznie, a nawet to tak wyglądało z perspektywy trybun jakby chłopaki z zespołu bali się, że Polacy chcą ich zarazić grypą ;) :D. Nie rozumiem tylko jednego po co robić takie ” coś ” na siłę - było raz na U2, później na Torwarze na Placebo z flagami, ale dzięki temu, że co rok to się powtarza to traci wg mnie swoją niepowtarzalność i unikatowość.
Przechodząc do płyty - nie oszukujmy się - nie jest to ani Sleeping With Ghosts, czy Meds - od alternatywy i niepowtarzalności przeszli na POPelinę i do tego ten ‘ słitaśny” perkusista. Nie tego oczekiwałem od najnowszej płyty.
Panie Piotrze - więcej takich szczerych recenzji wychodzących na przeciw ” true ” fanom, a idąc dalej za starym polskim przysłowiem - ” prawda w oczy kole” - i tak jest zapewne w tym przypadku wśród sympatyków zespołu .
Do Użytkownika “mała”:
Napisała Pani: “Pana teksty sa tandetne i smierdza komercja jak Feel czy Doda”.
Spróbujmy to wyjaśnić. Chodzi o teksty moich piosenek czy teksty recenzji? Bo tych pierwszych nie piszę, a te drugie są chyba mocno antykomercyjne. Miejmy zatem jasność w temacie Marioli, co przyczyni się do lepszego zrozumienia świata i ludzi.
Pozdrawiam serdecznie
PS
Panie Piotrze skad u pana tyle jadu? Moze czas juz przejsc na emeryture bo do pisania recenzji pan sie juz nie nadaje. Kazdy popelnia bledy, ale nie wydaje mi sie zeby ta plyta nim byla. Moze nie jest rewelacja, ktora by mnie powalila ale nie jest takze gownem. Moze bylo im to potrzebne, na nastepny raz beda mieli nauczke i tyle. Z checia bym chciala aby ktos to przetlumaczyl i wyslal Brianowi. Nastepnym razem wiedzialby jaki ma pan dwulicowy charakter. I ze nie warto sie z taka osoba spotykac. o
Pana teksty sa tandetne i smierdza komercja jak Feel czy Doda.
Chcial pan tym zablysnac? tooo sorry ale chyba nie wyszlo.
Stracilam do pana szacunek…
Myślę ,że pan Piotr Stelmach ma bardzo dużo wspólnego z zespołem Placebo . Poszedł w komercję dokładnie tak jak ten zespół.
Tylko ,że Brian and Company są z tego powodu najwyraźniej szczęśliwi, lepiej im z tym. Wyzbyli się nihilizmu, i to korzystnie odbiło się na ich twórczości. A pan Stelmach wydaje się biednym,podstarzałym, zgorzkniałym człowiekiem. Bo tylko tacy ludzie potrafią bezpodstawnie krytykować czyjąś pracę. To dopiero tupet ! W kwietniowym wywiadzie z zespołem zadawał pan różne pytania, a tutaj wykorzystuje pan odpowiedzi przeciwko nim.
Przykro by im było,ale trudno ;<
Mimo,ze nie uważam tej płyty za najlepszą ( o nie !) to potrafię docenić nowe wartości ,które członkowie Placebo przekazują nam poprzez ‘Battle for the Sun”
I nie sikam w gacie na widok Briana . Ale ta kwestia została już omawiana. Uznajmy, że po prostu cenię sobie higienę ! :)
PS. Pisze pan jak małolat ! głupio tak odmładzać się na siłę :)
Głosiciel Prawdy zapomniał chyba że “zaskakiwanie” nie jest samo w sobie wartością pozytywną. Zaskoczyli, zaskoczyli, tyle że negatywnie.
Chłopaki z Placebo w wielu wywiadach mówią o tym, jak ważny jest dla nich muzyczny brak wtórności, ale uciekając od niej popadli w bylejakość.
Płyta w żaden sposób nie przystaje do epickiej bitwy o słońce, a co najwyżej do bitwy o miejsce na plaży.
Co do płyty w dużej części zgadzam się z p. Stelmachem, ale po przeczytaniu poniższych komentarzy nie chce się już rozmawiać ani pisać o płycie.
Trzeba mieć na prawdę dużo tupetu żeby nazywać kogoś nikim w takich warunkach.
Bycie osobą publiczną w naszym pięknym kraju musi być bardzo ciężką i brudną robotą, prawda, p. Stelmach?
Cieszę się chwilami z tego, że zostało mi na tyle dobrego smaku, żeby szanować opinie tych, którzy o muzyce wiedzą puki co więcej ode mnie, nawet jeżeli się z jedną czy drugą opinią nie zgadam.
Audycje Piotra Stelmacha dawały kiedyś ludziom bardzo dużo, dalej dają, ale nastał kasztanowy kapitalizm, wszyscy mogą sobie posłuchać dobrej muzyki bez trójkowych audycji bo co chcą ściągnął z internetu.
Ja też jestem dzieckiem tych nowych czasów i nie jestem bez winy, ale szacunek trzeba chyba mieć, chociaż na tyle żeby trzymać czasem język za zębami.
Nie zazdroszczę panu Stelmachowi położenia, ale cóż panie Piotrze, taka praca ;)
Iść i padać
Z - padłych - wstawać
Przeszła wojna
Wstaje trawa
I tego trzymać się trzeba
Zbierać kremy opalające i okulary przeciwsłoneczne Z następną płytą wracamy na mroczną stronę. Ta jasna w wydaniu pana Molko jest zdecydowanie za płytka, z resztą, wystarczająco się już opaliliśmy.
Stelmach jesteś nikim. Słyszysz NIKIM. Kogo obchodzi twoja opinia śmieciu? Piszesz o Placebo, tym zespole, który zaskakuje każdą płytą czy przechwalasz się porównaniami, inną muzyką (krypto-reklama? Płacą za to?) i pieprzysz o dupie Maryni. Nic z tej recenzji nie wyniosłem poza tym, że jesteś idiotą i nigdy nic twego czytać nie będę śmieciu. Po cholerę pisać takie głupoty? Spójrz najpierw w lustro i tam poszukaj wad. Płyta jest wyjebana. Może trzeba do niej dojrzeć, nie wiem…
P.S. Efekciarski pałkarz? Po czym to słyszysz? Pffffffff
Wraz z premią “Battle” Summer’s gone- to moja krótka refleksja. Tyle gorzkich słów pod adresem tej płyty padło, że nie chcę dolewać oliwy do ognia. Piszę i słucham WYMN. Patrzę się na okładkę i pamietam gdzie i kiedy kupiłam te płytę. Ba, pamietam nawet datę- 5.09.2003;) późno od daty premiery, ale to właśnie w 2003 roku poznałam Klinikę Doktora Molko (pan P.Stelmach pewnie skojarzy tytuł;) I chyba o to chodzi - o wspomnienia. Ja nie potrafię patrzeć inaczej na ten zespół niż przez pryzmat 3 pierwszych płyt(ewentualnie Special Needs z płyty o Duchach) To moja opowieść, którą odnalazłam w tej muzyce i w tych tekstach. Ale przecież nie zawsze lubimy wszystkie książki naszego ulubionego pisarza. Moja opwieść nie pasuje już do nowych historii snutych przez pana Molko w dalszych rozdziałach jego powieści. Ale miło się przecież wraca do ulubionych książek. I jakże miło, gdy ktoś teraz przyłączy się do Oddziału Doktora Molko;) Mi pozostaje powiedzieć, że ostatnia piosenka na płycie Sleeping with Ghosts była dla mnie songiem to say goodbye. Z łezką w oku to piszę, ale nierozgoryczona tym co Panowie tworzą teraz. Po prostu może kuracja w moim przypadku się skończyła?;) Zawsze są jednak wspomnienia i koncerty, na których Panowie przenoszą nas do początkowych rozdziałów swojej opowieści. Jeżeli ktoś lubi powracać tak daleko.
wiec ogolnie mi sie najbardziej podoba plyta black market musisc i battle for the sun.
bałam sie zaczac sluchac BFTS ze nie bd mi sie podobac, i ze cos tam .. ostatni raz placebo sluchałam 8 lat temu i to była włąsnie płyta BMM i mam do niej senstyment ;)
ogolnie BFTS jest świetna, taka inna, tak jakby bardziej dorosła, b. mi sie podoba ;]